Depresja może być nowym początkiem w życiu, ale…

Wiele osób cierpi na tzw. ukrytą depresję z czego nie zdaje sobie nawet sprawy. Ukryta depresja jest de facto depresją, ale my sami do tego tak nie podchodzimy, bo nie stwierdził tego lekarz i nie mamy jednoznacznej diagnozy. Poza tym próbujemy odwieźć od siebie samą myśl, że chorujemy na depresję, a nasze dołki psychiczne uznajemy, że są powodowane tym, że czasami po prostu zbyt dużo przyjmujemy na swoje barki, a później coś się udaje, a coś niestety nie.

Apatia i przewlekłe przemęczenie – generalnie swoista niemoc, która z reguły towarzyszy stanom “depresyjnym” to konkretna informacja naszego organizmu, że dłużej taki stan rzeczy nie powinien się utrzymywać. Najczęściej u osoby, które czują się “depresyjnie”, albo u których stwierdzono depresję można znaleźć takie o to, dwa główne, głębokie odczucia:

  • “Jestem w sytuacji bez wyjścia” – tzw. pat hormonalny; np. z jednej strony mamy wysokie miesięczne koszta utrzymania, a z drugiej strony nienawidzimy swojej pracy lub szefa; każdy dzień w pracy wiąże się z udręką i cichym cierpieniem; często może temu zjawisku towarzyszyć przewlekły katar; idąc dalej nasza sytuacja bez wyjścia potęgowana jest także tym, że nie możemy sobie pozwolić na odejście z tej pracy, bo przecież odchodząc skarzemy się na prawdopodobnie na bardzo długą drogę, aby znaleźć inną pracę – odzywa się nasze niskie poczucie własnej wartości; w dodatku są dzieci, aspiracje, ambicje, itp.; wybieramy mniejsze zło. Nasze samopoczucie jest dalekie od idealnego, bo skazujemy się na długotrwałe cierpienie. Fizycznie może tego nie widać, bo najczęściej depresję można w pracy bardzo dobrze zakamuflować, ale duchowo i emocjonalnie przeżywamy te katusze w znacznym stopniu. Dzień w dzień bowiem zdajemy sobie sprawę z tego, że utknęliśmy w rzekomo sytuacji bez wyjścia. Istny dramat.
  • “Jestem tym sfrustrowany”. Frustracja to definicja tego, co czujemy w powyższej sytuacji pata hormonalnego. Jesteśmy sfrustrowani swoim podejściem, wcześniejszymi złymi wyborami, które doprowadziły nas do takiej właśnie sytuacji bez wyjścia, otoczeniem – przyjaciółmi, którzy nie potrafią nam pomóc i od których się na ogół izolujemy; generalnie jesteśmy sfrustrowani światem, że tak nikczemnie uwiódł nas i teraz drwi, śmieje się z naszej bezradności….takie słowa słyszę najczęściej od osób, z którymi wspólnie zmagamy się z tą dolegliwością/chorobą.

Depresja jest ostatecznością. Oznaką faktycznie poważnego zaburzenia przepływu energii w naszym organizmie. Nasza bezsilność wzbiera na sile i naprawdę nie potrafimy wstać z łóżka, ani jeść, ani generalnie normalnie żyć. Świat jest bezbarwny. Bardzo często jednak tkwimy w takim stanie ledwie kilka dni i potrafimy z tego stanu wyjść o własnych siłach. Wtedy można co najwyżej mówić o stanach przed-depresyjnych, ale one też zwiastują, że jest niedobrze.

Kiedy chorujemy na depresję czy mamy stany przed-depresyjne wcale nie trzeba łykać tabletek, które, co udowodniono naukowo, działają jak plecebo. Najważniejsze kryteria, jakie trzeba rozpatrzyć, a które kryją się za tym paskudnym stanem umysłu, ciała i duszy jednocześnie, są związane z naszym terytorium oraz poczuciem winy. O co chodzi z terytorium? Terytorium to nasz dom, nasza praca, nasze hobby – nasza własność, której przypisujemy konkretne wartości i emocje. Jeśli zatem zdradzi mnie mój partner, to przeżyjemy utratę tego terytorium. Jeśli ktoś pozbawi nas awansu lub spowoduje, że stracimy pracę to również pozbawi nas terytorium. Poczucie winy natomiast dotyczy najczęściej samooceny sytuacji, w której się znaleźliśmy. Obwiniamy się, że znaleźliśmy sie w takiej sytuacji, że nie mamy siły do życia. Że wszystko to nasza wina. Podłoże tego stanu leży o wiele głębiej – dotyka relacji z mamą i tatą – osobą, która w naszym dzieciństwie była drapieżcą lub samcem/samicą Alfa.

W aspakcie depresji należy rozważyć również konflikt na pograniczu potrzeb i pragnień. Np. tak bardzo oczekiwałam(em) tego dziecka, a on (facet) odszedł ode mnie. Tak bardzo chciałem dostać tę podwyżkę i ciężko na nią prawcowałem, a szef mnie oszukał i zawiódł. Może brzmi to trochę trywialnie, ale bardzo często do cna przeżywamy takie właśnie sytuacje. Kiedy nas oszukano, pozbawiono godności, skrzywdzono, poturbowano. Kiedy coś bardzo dla nas ważnego utraciliśmy, np. śmierć bliskiej osoby – wtedy popadamy w niemoc i stan poddania się. Rozpacz powoduje, że tracimy grunt pod nogami, a zarazem kierunek w życiu. W efekcie przestajemy snuć plany, nawet na najbliższe miesiące i tkwimy w matni. Pojawia się wspomniana frustracja, a docelowo pat hormonalny.

Samo uświadomienie sobie początku tej swoistej zapaści – momentu, który zaognił nasze zwątpienie w siebie (poczucie niskiej wartości), wydobył na wierzch naszą złość i gniew, a następnie stępił nasze siły witalne i pozbawił mocy, jest początkiem procesu naprawczego.  Praca terapeuty wówczas skupia się na tych wszystkich wymienionych aspektach, ale musi być wspomagana pracą u podstaw. Pacjent musi uwierzyć w siebie na nowo. Musi dopuścić do siebie inną perspektywę i spojrzeć na swoje życie przez pryzmat nowych wyzwań. Nowych możliwości. Zaakceptować fakt, że depresja była dla niego najlepszym rozwiązaniem, bo zmusiła go do przeanalizowania swojego życia i dokonania w nim istotnych zmian. W konsekwencji wyjście z depresji jest faktycznie nowym początkiem w życiu. Co nie znaczy, że warto do takiego stanu doprowadzić. Absolutnie nie. Warto natomiast w odpowiednim momencie lub na bieżąco korygować głupie i niepotrzebne dążenia do bycia “kimś”, do realizowania za wszelką cenę swoich ambicji i aspiracji. Jeśli zabrniemy w taki ślepy zaułek rozwiązaniem będzie albo poważna choroba, albo właśnie depresja. Szkoda życia.

Osoby, które mają w swoim otoczeniu bliskich czy znajomych mogą spokojnie spróbować pomóc kierując się w/w obszarami. Rozmowa uświadamiająca konflikt emocjonalny to nic złego i zaręczam, że to może pomóc bardziej niż skazywanie chorego na kontakt z psychiatrą, który na ogół wybiera leczenie stricte farmokologiczne. Oczywiście nie proponuję ani nie twierdzę, że każdy może się bawić w psychoterapeutę. Chodzi tylko o doraźną pomoc, która z reguły ogranicza się do przekazu w stylu: “będzie dobrze” lub “musisz się wziąć w garść”. Owszem, pomagamy tak, jak umiemy najlepiej, ale z pomocą powyższych wskazówek, można faktycznie pozwolić choremu na odrobinę refleksji. Dobre intencje zrobią za nas resztę.     

    

Skomentuj